niedziela, 6 września 2015

Rozdział 5.

Coś go tknęło. Sam nie wiedział co, ale zawahał się, nim jeszcze zdążył przekręcić klucz w drzwiach.
- Albo wiesz co… - Urwał zdezorientowany, gdy nie dostrzegł nigdzie dziewczyny. Dopiero po chwili ujrzał ją, ledwo oddychającą, na podłodze. Otworzył szerzej oczy z przerażenia, kompletnie nie wiedząc, co się dzieje. Poziom adrenaliny we krwi wzrósł mu momentalnie, choć na dobrą sprawę, nie powinien się w ogóle tym przejmować. To na pewno kolejna sztuczka.
Nie wygląda to na sztuczkę. Nikt nie jest, aż tak zdolnym aktorem!
- Co się dzieje!? – Poderwał się gwałtownie z miejsca, w mgnieniu oka znajdując się przy szatynce. – Co żeś znowu zrobiła!
- Ja… j… - Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Głos zanikał w jej gardle i z każdą kolejną sekundą czuła, że już nie ma dla niej ratunku. To wszystko trwa zbyt długo. Nawet jeżeli mężczyzna zlituje się nad nią i zadzwoni po pogotowie, nie zdążą. Umrze wcześniej niż planował on, niż planowała ona. Po prostu wszystko skończy się w jednej chwili. Oczy zaszły jej łzami. Była całkowicie bezradna i poddana reakcji swojego organizmu.
- Camille! Co zrobiłaś, do cholery!? – Muzyk powoli zaczynał panikować. Przestawało mu się to podobać. Nie miał pojęcia, co wydarzyło się po jego wyjściu, ale był pewien, że dziewczyna musiała zrobić coś bardzo głupiego. A teraz nie była w stanie nawet mu tego wyjaśnić. Było dużo gorzej, niż mógłby się spodziewać. Rozejrzał się szybko po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Ale w piwnicy nic się nie zmieniło. Nic poza ciastem, które leżało rozwalone na podłodze.

Ciasto. Czy moja matka chciała nas otruć!?

- Kurwa… - zaklął, gdy objawy, jakie widział u dziewczyny zaczęły wydawać mu się znajome. Orzechy.  – Kurwa, kurwa, kurwa! – Podniósł się gwałtownie, czując jak serce wali mu w piersi. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak to dla niej się skończy.

Pogotowie… Nie możesz, wszyscy się dowiedzą! Poza tym, nie zdążą. Kurwa, przecież nie zdążą. Umrze tutaj. Umrze w twoim domu. Ona nie może umrzeć! Nie w ten sposób. Nie tego dnia. Nie pod twoją opieką… nie z twojej ręki. Orzechy. Orzechy! Przecież wiesz co robić! Znasz ją! Znasz ją, Tom…

- Mój Boże, żebym tylko miał jeszcze te cholerne leki – wyszeptał do siebie i nie zwlekając ani chwili dłużej, pobiegł na górę, jak poparzony, od razu wpadając do kuchni. Bill, którego niemal nie przewrócił po drodze, podążył za nim zdezorientowany.
- Wystraszyłeś się myszy?
- Nie teraz! – zawołał, przekopując w pośpiechu całą apteczkę. Była na tyle zaopatrzona, że niczego nie potrafił w niej znaleźć. W końcu wywalił wszystko na stół.
- Co się dzieje..?
- Proszę cię, nie teraz – Po raz kolejny uciszył brata, tym razem machając na niego ręką. Czas odgrywał tutaj dużą rolę, nie mógł sobie teraz pozwolić na przejmowanie się Bliźniakiem. W tym momencie nawet nie zważał na fakt, że Bill za chwilę pozna całą prawdę. Jedyne co się liczyło, to zdążyć. Camille nie mogła umrzeć. – Jest! Jest! Dzięki, Bogu… Boże… - Uczucie ulgi, które poczuł nie mogło trwać długo. Bardzo szybko przypomniał sobie, że dziewczyna wciąż leży tam nie mogąc złapać tchu i nie ma nawet pewności, czy jeszcze w ogóle jest kogo ratować. Strach na nowo chwycił go za gardło. Ignorując zszokowany wyraz twarzy brata, wyminął go, pędząc na powrót do piwnicy. Wpadł do pomieszczenia, jak burza od razu rzucając się na kolana tuż przy ciele Camille. Uchwycił jej zaszklone spojrzenie, które wręcz przeszyło go na wskroś. Nigdy nie widział konającego człowieka i nie zamierzał tego póki co zmieniać.
Wziął się w garść i wsuwając rękę pod jej plecy, uniósł delikatnie do góry, by móc podać jej lek.
- No już, mała. Współpracuj, to ci pomoże – szepnął, przy okazji odgarniając włosy z jej twarzy. – Dalej… Przecież nie tak chcesz umrzeć.
Rozchylił jej wargi, wsuwając między nie aplikator i prysnął odpowiednią dawkę leku, modląc się w duchu, by tylko nie było za późno.
- Oddychaj.

            - Powiedz, że to co widzę, nie jest tym, co widzę… - Bill, o ile przed paroma minutami nie rozumiał zachowania brata i czuł się zdezorientowany, w tym momencie, żałował, że zszedł za nim do piwnicy. Żałował, że w ogóle jest bratem swojego brata. Czasem wolałby przez niego nie istnieć wcale. – Tom!
- Zamknij się – Gitarzysta jedynie warknął w jego kierunku, nie zamierzając nawet się teraz na nim skupiać. Całą swoją uwagę przekazywał wyłącznie dziewczynie w swoich ramionach. Obserwował jej oczy, twarz, klatkę piersiową, a nawet usta, próbując dopatrzeć się najmniejszego oddechu. Jakiejkolwiek oznaki życia. Nie wystarczało już mu, że mrugała powiekami, ani że nie próbowała łapać łapczywie powietrza. Prawdopodobnie lek zaczynał działać uwalniając jej oskrzela z uścisku. On jednak wciąż był przerażony.
- Coś ty jej zrobił…? Co ona tu robi… Mój Boże, Tom…
- Przynieś jej wody – polecił surowo, zupełnie ignorując jego słowa. A sam ułożył jej ciało na podłodze, unosząc teraz nogi lekko ku górze. Pamiętał, że to bardzo pomaga, gdy ktoś czuje się słabo. Chciał zrobić wszystko, co mógł, by przywrócić ją do zdrowia. Nie był cudotwórcą, był tylko kretynem, który wpakował się w jakieś gówno i przy okazji musiał wciągać w to innych. W dodatku w jego głowie musiała panować przeraźliwa pustka, skoro nawet nie zauważył, co daje jej do jedzenia. Nie miał obowiązku pamiętać o jej alergii… ale przecież wiedział, pamiętał. Miał nawet leki. Miał je w swoim domu, w swojej apteczce. Przecież nikt normalny nie trzyma takich rzeczy, jeśli sam ich nie potrzebuje. – Nie stój tak, tylko rób co mówię! – Podniósł głos, gdy jego brat nawet nie drgnął. Dopiero teraz się otrząsnął. Niemniej, zrobił to głównie ze względu na dziewczynę. Nie miał pojęcia, co się dzieje, ale na pewno nie zamierzał się przyczyniać do jej śmierci, czy choćby pogorszenia zdrowia. Tylko dlatego wycofał się z powrotem do domu po tą cholerną butelkę wody.
            - Żałuję, że ci nie przypierdoliłam, jak miałam okazję.
Normalnie mógłby być bardzo niezadowolony, że kolejny raz mówi do niego w taki sposób. Ale normalnie w tym momencie nie było. To, że w ogóle usłyszał jej głos, było dla niego ogromną ulgą. Dosłownie poczuł, jak opada z niego wielki ciężar.
- Możesz czekać teraz na kolejną, tym razem nie popełnij tego samego błędu – rzucił, starając się zachować swoją twarz. Po tych wszystkich emocjach, które się w nim kotłowały od dłuższego czasu, trudno było mu powrócić do swojego poprzedniego stanu. Znowu miał stać się zimny, oschły, obojętny… Przecież przed chwilą ratował jej życie!
- To wszystko nie ma sensu. Porwałeś mnie, próbujesz zastraszać… Potem prawie zabijasz pieprzonymi orzechami, żeby na koniec podać mi leki, które… Skąd ty je do cholery wytrzasnąłeś? – Jej głos, choć bardzo słaby, docierał do niego doskonale. A słowa, które wypowiadała, brzmiały w jego głowie bardzo niewygodnie. Nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć. Nawet nie chciał tego robić. Uznał, że prawda byłaby zbyt poniżająca, a kłamstwa… Żadne sensowne kłamstwo nie przychodziło mu do głowy. Nic, w co mogłaby uwierzyć. – Skąd wziąłeś lek wziewny? Jak… - Podniosła się do pozycji siedzącej, wbijając w niego swoje przeszywające spojrzenie. Milczał. Milczał, jak zaklęty. Zaciskał szczękę, a jego oczy były tak bardzo tajemnicze, jak jeszcze nigdy. Próbowały skryć wszystko, co chciała wiedzieć.  
- Czy teraz ktoś wyjaśni mi, co tu się dzieje? – Jak na zbawienie, do pomieszczenia wrócił Bill. Jego brat odetchnął z ulgą, od razu podnosząc się z miejsca. Wolał trzymać się na dystans od dziewczyny. Poza tym teraz czekała go kolejna przeprawa, tym razem z bliźniakiem. Nie tak to miało wyglądać. – Tom?
- To… skomplikowane. Ale nie możesz panikować, Bill.
- Nie panikuję. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego w mojej piwnicy prawie udusiła się, jakaś dziewczyna – oświadczył ze stoickim spokojem mimo iż w głębi cały wrzał z frustracji. – I co ty masz z tym wspólnego? 
- Nie chcesz wiedzieć - skomentowała pod nosem szatynka, która mimo wszystko zapamiętała Billa, jako dobrego człowieka. W przeciwieństwie do jego brata. Ale ten też właściwie przed laty nie porywał bezbronnych kobiet... Więc również i zachowanie Billa mogło ulec zmianom. Pytanie, jak bardzo radykalnym.
- Tom? – Jego głos ponownie rozbrzmiał, odbijając się od zimnych ścian. Tym razem o wiele bardziej stanowczy, budzący nieprzyjemne dreszcze na ciele. Może jednak nie był tak wrażliwy, jak do tej pory sądziła. Postanowiła już się nie wtrącać, dopóki nie stwierdzi, że będzie miała choć cień szansy uzyskać jakąkolwiek pomoc od młodszego Kaulitza. A teraz, niech ten kretyn radzi sobie sam ze swoim braciszkiem. W końcu jest taki pewny siebie i brutalny, a nie potrafi oznajmić bratu, że dokonał porwania i przetrzymuje niewinną dziewczynę? W dodatku na pewno jest zamieszany w jakieś brudne interesy.
- Porozmawiajmy o tym już na górze – zadecydował Gitarzysta, machinalnie kierując się w stronę wyjścia. Szatynka spojrzała wymownie w kierunku Billa, szukając w nim ratunku. Znowu miała zostać sama w tej cholernej piwnicy na nie wiadomo, jak długo. Poza tym przed chwilą mało, co nie umarła… Litości!
- A ona?
- Żyje – Wzruszył obojętnie ramionami. – Niczego więcej jej nie trzeba.
Jego głos stał się tak chłodny i obojętny, że przeszywał ją na wskroś. Niezrozumiałe uczucie ściskało ją za żołądek, powodując mdłości. Zaciskała tylko zęby i dłonie, by przetrwać tę chwilę.
- Słuchaj, nie wiem co jest grane, ale jeśli myślisz, że pozwolę ci wyczyniać takie rzeczy i to jeszcze na moich oczach… - Bill zdawał się być rozgniewany do granic możliwości, co jeszcze potwierdzały jego gwałtowne gestykulacje i kolejne kroki, jakie poczynił, podchodząc do dziewczyny i chwytając ją mocno pod ramię. Ewidentnie chciał pomóc jej wstać, co przyniosło jej niesamowitą ulgę. Stał się jej nadzieją.
- Zostaw ją, Bill.
- Nie zgadzam się!
- Jebie mnie to, czy się zgadzasz, czy nie i cokolwiek masz w tym momencie do powiedzenia na ten temat! Puść ją i wyjdź stąd – polecił tonem nie znoszącym sprzeciwu. Camille nie była w stanie ocenić, który z nich był bardziej wściekły. Niemniej, była pewna, że to nie skończy się dobrze. Obydwaj cali wrzeli, niczym dwa wulkany… a ona była między nimi bezbronna, bezsilna i za nic w świecie nie chciałaby zetknąć się z gorącą lawą.
Zamilkli, lecz nieustannie walczyli ze sobą swoimi spojrzeniami. Nie potrzebowali do tego słów. Któryś z nich musiał w końcu odpuścić. Dziewczyna bardzo chciała, by nie był to Bill. Marzyła o tym, żeby postawił na swoim i ją po prostu stąd zabrał. Nawet jeżeli miałby ją zamknąć w innym pomieszczeniu, wolała to, niż kolejne minuty w ciemnej piwnicy.
Poczuła, jak ucisk na jej ramieniu nagle ustępuje. Dłoń mężczyzny nagle zniknęła a on sam zrobił krok do tyłu.

Pieprzony, tchórzu!

- Mam nadzieję, że to co masz mi do powiedzenia nie zmusi mnie do radykalnych czynów – oznajmił Wokalista, podążając w ślady brata. Teraz obydwaj ją ignorowali i ani trochę nie było to zabawne. Po chwili drzwi zamknęły się z powrotem, a ona mogła już tylko błagać samego Boga o wybawienie z tej sytuacji.
Nie zostawił nawet cholernej wody, choć przyniósł ją dla niej.
Opadła na brudną podłogę, oddychając ciężko. Pieczenie pod powiekami, zmusiło ją, by zamknęła oczy. Mimo to i tak zdołały wypłynąć z nich gorzkie, gorące łzy.


A ja kiedyś tak cię kochałam…